niedziela, 4 września 2011

Coldplay.

Cały dzień spędzony z uśmiechem na twarzy. Od rana kościół jak zawsze w niedziele. Po kościele pojechaliśmy do dziadków. Przybyliśmy jako pierwsi. Co jest dosyć dziwne. Babcia naszykowała różnych pyszności. Zresztą jak zwykle wszystko mi smakowało. Kiedy rodzinka zjechała odrazu zaczęliśmy zabawę. To na podwórku to w domu. Zrobiliśmy sobie nawet spacer po kukurydze, do której nie dotarliśmy. Posiedzieliśmy sobie troszkę na huśtawce. I padło nagle hasło jedziemy do lasu po orzechy. To ja dawaj z jednym butem na nodze i kolba kukurydzy w reku lecę na łeb na szyję do samochodu. I w drogę! W pierwszym jechałam ja, którym kierował wujek, a w drugim prowadził Czarek. Wpadliśmy do lasu. Panowie założyli okulary niczym z Matrixa. Była kupa śmiechu z orzechów i sposobu ich zrywania oraz z wariackich rajdów Volkswagenami po lasach Suwalskich i wyskakiwania przez szyber dach Golfa. Haha. To się nazywa mieć rodzinę. A jutro szkoła i durna chemia. Lecęęę . Buziaaki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy